wtorek, 21 marca 2017

PROLOG

          Rok 1863. Złote promienie słońca muskając delikatnie twarz mężczyzny pomagały wyrwać się z objęć Morfeusza. W szparze między drzwiami i ościeżnicą wkradał się zapach sadzonych jaj i świeżo parzonej kawy. Uchylonymi oknami do pomieszczenia wpadała delikatna ptasia pieśń. Aron ziewnął potężnie i powoli uchylił powieki, uczucie ciężkości wciąż walczyło by zamknąć je i z powrotem zabrać ów jegomościa w błogą krainę snu. Przeciągnął się, przekręcił na brzuch i zaciągnął bawełnianym zapachem pościeli. Przyjemny w dotyku materiał zdawał się pieścić zarośnięte twardą szczeciną policzki, wciąż rumiane po odpoczynku. Podniósł się na wyprostowane ręce i stęknął zmieniając pozycję na siedzącą. Przetarł dłońmi twarz i wstał, po czym podszedł do okna. Odsłonił firany i pozwolił swym oczom napawać się pięknem lata. 
          Pia z wypiekami na licu kręciła się po kuchni. Jedną ręką rozkładała talerze na stole, drugą zaś układała sztućce. Ciepłym, miękkim i bardzo kobiecym głosem zawołała Arona, aby zszedł na śniadanie. Drewniany stół ozdobiła niedzielnym obrusem i kwiatami z łąki. Biała zastawa zdawała się igrać z promieniami słonecznymi, które wpadały przez wielkie okno. Srebrne sztućce próbując dołączyć do tych kuchennych harców pięknie lśniły swym blaskiem. 
           Zielona trawa jaka zdobiła teren wokół pałacu stwarzała iluzję, jakby właśnie ubrała się w rosę, niczym kobieta w najpiękniejszą suknię. Brązowe, długie i kręcone włosy Oswalda opadały co rusz z jego ramion, jakby chciały wpleść się w trawiaste oblicze ziemi. Słone i lśniące w słońcu krople potu powoli spływały po nagich ramionach mężczyzny. Mięśnie widoczne przy każdym ruchu zdawały się przemawiać, iż ciężkiej pracy się nie boją. Skóra na jego dłoniach czarna od ziemi coraz mniej kontrastowała z odcieniem skóry, który mienił się brązem od słońca. Lniana koszula przepasana na biodrach kiedyś olśniewała swą bielą, teraz straszyła szarością mieszaną z łatami. Bose stopy delikatnie zatapiały się w chłodnej i wilgotnej ziemi, gdy mężczyzna co rusz schylał się i prostował. Usłyszawszy śpiewny głos dochodzący z pałacowej kuchni oparł brodę o trzonek szpadla i uśmiechnął się pod nosem. 
           Aron powolnym krokiem skierował się na niższy poziom budynku. Stając w drzwiach jadalni ziewnął i opadł na przyszykowane dlań krzesło. Zaciągnął się aromatem jedzenia i nałożył solidną porcję białka na talerz. Grubą pajdę chleba posmarował sowicie masłem i odgryzł kawałek. Wydał z siebie zadowolony pomruk i z zapałem zabrał się za posiłek.
          Pukanie do drzwi roznosiło się echem po całej posiadłości. Pia stukając obcasami pantofelków o marmurową posadzkę podeszła szybkim krokiem do drzwi. Zastała za nimi listonosza Tytusa, przyniósł on polecone pismo oznaczone pieczęcią królewską. Z poważną miną oznajmił, iż przesyłka ma trafić do rąk własnych. Kobieta rozejrzała się po holu, rzuciła ponownie przeciągłe spojrzenie na kuriera i zamknęła drzwi. Pospiesznie skierowała się w stronę jadalni, w której drzwiach stanęła, krótką chwilę popatrzyła na sielankową scenę i oznajmiła miękkim, acz stanowczym głosem:
-Aronie, dostałeś pismo z królestwa.
-Podaj mi więc... -obdarzył przysadzistą kobietę zirytowanym spojrzeniem. Zaciągnął głośno powietrzem przez nos i wyciągnął swą dłoń ku niej. Przestąpiła z nogi na nogę i potarła piętą po łydce.
-Sam musisz po nią iść. -Skłoniła się lekko i oddaliła.
Aron Seafret dojadł śniadanie i powolnie podniósł się z krzesła, podszedł do drzwi wejściowych i otworzył je. 

-Długo kazał pan na siebie czekać, drogi panie. -mruknął niezadowolony listonosz rzucając krytyczne spojrzenie w stronę gospodarza. 
-Daj co masz dać i spadaj. -Wyrwał list z rąk doręczyciela i trzasnął drzwiami, zabrał się za czytanie listu.
"Drogi Panie Aronie Seafret mam wątpliwą przyjemność poinformować Pana, iż... "

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz